, Anatomia ciała człowieka/zdjęcia 

Anatomia ciała człowieka/zdjęcia

Czytasz posty wyszukane dla zapytania: Anatomia ciała człowieka/zdjęcia




Temat: Footbagowe rysunki

mnie sie tam nie podoba. pomysly dobre, czasem. Ale ludziki krzywe...

Nom, techniki brak, niestety;) Moim zdaniem bardzo mało dynamiczne same postacie, nadrabiasz tłem. Wyglądają czasem jak nieudane przerysowanki ze zdjęć; po rysunkach błąkają się złe światło, widoczny brak znajomości anatomii ciała człowieka i niezachowane proporcje;)
Ale rysuj dużo i buduj warsztat, być może za jakiś czas będziesz rysował naprawdę niezłe rzeczy. Kwestia czasu i treningu.

Przydałby Ci się akt, żebyś poznał jak dokładnie ciało się zachowuje w róznych pozycjach i jak się układają mięśnie i ogólnie kończyny w ruchu.

ps. nie przyczepiam się, to tylko konstruktywna krytyka, która przeważnie motywuje ludzi do polepszania swoich umiejętności;)

Poza tym, co ja się tam znam...

Pozdrawiam >>





Temat: VAJDA anatomia atlas prawdziwe preparaty
ATLAS ANATOMII CZŁOWIEKA-JANOS VAJDA

Świetny atlas do nauki anatomii na pierwszym roku studiów medycznych,a zwłaszcza do zapoznania się z preparatami/prawdziwe zdjęcia ludzkiego ciała/,a później do zdania egzaminu praktycznego.

Stan bardzo dobry

Rok wydania 1989

Atlas składa się z dwóch tomów i posiada 580 rycin ,posiada łacińskie opisy wymagane na zajęciach z anatomii prawidłowej.Polski wstep

Cena: 60 zl





Temat: Nasza twórczość

Czy któraś z forumowych rysowniczek, bądź rysowników korzysta może ze sztalug? Chodzi mi konkretnie o takie niewysokie, czyli ok. 40cm, które można postawić na biurku. Czy praca z czymś takim jest dużo wygodniejsza?
Osobiście rysowałam na takiej tylko raz podczas pewnego konkursu w wieku 10 lat, pamiętam, że nie narzekałam na pozycję. Teraz rysuję bardziej pod ukos (podkładka na kolana i oparcie jako biurko) co jest lepsze niż rysowanie poziomo, ot taka prowizoryczna sztaluga.
Ze sztalugą możesz próbować

Co do drewnianych modeli - nigdy nie próbowałam i nie wiem jak wygląda taki człowiek. Jednakże, myślę, że taki model ma bardziej na celu pomoc w odwzorowaniu poszczególnych części ciała i ich umiejscowienia względem siebie, mięśni i ich splotu (no tego na manekinie już chyba nie widać), więc sylwetka - czy to chuda, czy gruba raczej nie ma znaczenia, lecz sama pozycja i kąty ciała oraz anatomia zewnętrzna. I myślę, że naprawdę warto poćwiczyć same szkice sylwetki człowieka w różnych pozycjach, chociażby naśladując Da Vinci, przyda się to później.
A sama dłoń - imho jest niepotrzebna, wystarczy narysować własną ew. zrobić jej zdjęcie w wymaganej pozycji i już jest.



Temat: Pomysl...

Te filmiki akurat aż takie drastyczne nie są, w sieci można znaleźć rzeczywiście rzeźnickie zdjęcia
to fakt ale film calkiem inaczej oddzialuje na czlowieka. Te filmiki sa zrobione nie zeby uczyc anatomii ale wplywac na najwrazliwsze sfery ludzkiej swiadomosci.
Gdy wprowadzano ten rodzaj przekazu zrobiono proste badania. Pewnej grupie osob zaprezentowano zdjecia z wypadkow (z porozrywanymi cialami) a nastepnie puszczono te filmiki. Gdy po paru miesiacach ta sama grupe osob przepytano co pamietaja z tych zdjec i filmow to sie okazalo ze zdjec nic A filmy zapamietala wiekszosc z nich. Wszyscy natomiast pamietali krzyki i odglosy towarzyszace tym filmikom.
Jak to wykladowaca uzasadnil-w dzisiejszych czasach mozg rejestruje tak duzo obrazow ze sa one szybko zapominane natomiast dzwieki o wiele mocniej wplywaja na czlowieka i dluzej sa zapamietywane.
Nom to sie rozpisalem. A tak swoja droga to ciekaw jestem czy doczekam czasow gdy jako pieszy lub kierowca bede czul sie w miare bezpiecznie na drodze i nie myslal tylko o tym co zrobic zeby przezyc pokonanie jakiejs trasy



Temat: Gunther von Hagens - czyli granice sztuki
Na studiach miałam taki przedmiot jak kryminalistyka, a w ramach niej medycynę sądową. Podręczniki - zwłaszcza te ilustrowane - czytało się jak horror. ale trudno było się od nich oderwać. Nie dlatego, że zamieszczone były w nich takie drastyczne zdjęcia, ale ze względu na to, ile można odczytać z ciała ofiary informacji o metodach popełnienia przestępstwa, narzędziu zbrodni itp. Dalej to jest mój konik. W pewnym momencie pojawił się pomysł, aby obejrzeć na żywo taką profesjonalną sekcję zwłok. I nie było chętnych. Zdecydowanie wolę atlas anatomii, niż takie dance macabre. Ciało ludzkie nawet po śmierci, jeśli jest dobrze zmumifikowane, dalej zachowuje ludzkie cechy i jest chronione nawet prawem przed zbeszczeszczeniem. Sekcje zwłok są dozwolone, ale w celach medycznych a nie rozrywkowych. Pokazywanie niekompletnych, celowo okaleczonych i upozowanych pseudoartystycznie zwłok - nie służy nauce o budowie człowieka, bo nie pokazuje rzeczywistości. Wystawie tej bliżej jest raczej do wizyty w salonie osobliwości.




Temat: Wystawa "Bodies-the exhibition
w sumie człowiek powinien znać anatomię swojego ciała, i jak cały organizm funkcjonuje. moze w ten weekend wybiore się na ta wystawę to zrobiłbym troche zdjęć i wrzucił tutaj najbardziej kontrowersyjne jest to, że tam są spreparowane ludzkie ciała w całości, a nie poszczególne narządy



Temat: rozciąganie.. desperacja.. JAK ZACZĄĆ?
1. Po pierwsze w skoku inaczej sie trzyma miesnie niz w rozciaganiu biernym, statycznym (jest trudniej, bo np. na ziemi mozna bardziej docisnac, dociagnac, itd.).
I to wcale nie chodzi o to, aby od razu robiac szpagat 'wywalac' biodro w bok - jak sie troche przekrzywi to jest nieuniknione, nie da sie wszystkiego na raz, zwalszcza jesli to nie jest zgodne z anatomia, ale liczy sie to, zeby trzymac miesniami tak, aby sie otwieralo jak najmniej, a ile, to juz zalezy od indywidualnych warunkow kazdego.

2. Wczesniej juz pisalam pare razy - najwazniejsza jest tendencja, kierunek pracy. Czlowieka nie da sie zlozyc jak drewniana lalke, wiec to nie bedzie totalnie proste wszystko, ale w klasyce trzeba troche poprzeskakiwac naturalne mozliwosci ciala ludzkiego (bo np. budowa bioder czy kregoslupa nie jest stworzona do takich ruchow jak w klasyce).
A ten pan na zdjeciu nie dociska miednicy do podlogi (wlasnie chodzi o to, aby te pachwine od tylnej nogi dociskac jeszcze do podlogi)



Temat: ANA - Anoreksja...
co do zdjęc, to calkiem ladne sa...rzeczywiscie ladne..... nie ukazuja jeszcze takiego wychudzenia wychudzenia.... mam pewne porównanie więc wiem co mówie, moje 3 znajome popadly w anoreksje(na szczescie wyszly z niej) i raz calkiem przypadkiem widzialam jedna anorektyczke..... widok takiej dziewczyny/kobiety jest naprawde strasznym widokiem(wystające kości w całym ciele, na takiej osobie spokojnie mozna uczyc się anatomii, wyblakle wlosy, zniszczona skora itp.)....nie polecam zaprzyjazniac się z Anoreksja... nic dobrego nie da ona człowiekowi, co najwyżej np. lęk najbliższych o ukochaną chorą osobe, która nie widzi tego co się wokół niej dzieje.



Temat: rozciąganie.. desperacja.. JAK ZACZĄĆ?

Acha.....czyli jak rozciągać i wzmacniać te wewnętrzne uda?? Bo ja najczęśćniej rozciągam te z tyłu ud i ćwiczę siłę czworogłowych.....pojęcia nie mam jak np. rozciągać czworogłowe (czy to czasem nie jest to ćwiczenie że jak się siedzi w szpagacie to nogę z tyłu bierze się do reki zgiętą w kolanie??) [/list]

To byl tylko przyklad z tymi wewnetrznymi uda, akurat te mi przyszly na mysl.
Generalna zasada jest: wzmacniaj wszystko cokolwiek rozciagasz.

Rozciagajac tylne uda i cwiczac sile czworoglowych to jest dzialanie zupelnie antagonistyczne - jednie miesnie sa antagonistami drugich, czyli robiac ruch to jedno sie rozciaga, a drugie napina.

Rozciaganie czworoglowych to takie cwiczenie jak mowisz. Moze byc tez jak na zdjeciu z pierwszej strony, ze na stojaco badz lezaco przyciagasz piete do posladka (aczkolwiek niektorzy uwazaja, ze jesli ktos bez problemu i bez uczucia ciagniecia dotyka pieta posladka to nie jest dobrze, bo swiadczy o tym, ze kolano jest niestabilne - ale w tym cwiczeniu trzeba zwrocic uwage na postawe, czyli wciagniecie brzucha, trzymanie miednicy w pionie, noga, kolano na linii z reszta ciala).


Jak nauczyć się pracować wewnętrznymi mięśniami ud? Zauwarzyłam, że u mnie pracują głównie czworogłowe mięśnie ud? Znacie jakieś metody?
Nie ma metody. Po prostu mysl o tym, zeby w ruchu tez angazowac wewnetrzne uda. Czworoglowe uda tez beda pracowaly, oczywiscie, bo taka jest po prostu anatomia czlowieka, ze jak robisz cokolwiek z prostym kolanem to pracuja (czworoglowy jest inaczej nazywany prostownikiem kolana - to jedyny miesien, ktory prostuje noge w kolanie), czy jak podnosisz noge do gory czy do boku, tez pracuja. Rzecz w tym, zeby do tego dolozyc jeszcze podtrzymywanie wewnetrznymi - 4gl. mniej sie wtedy meczy, a przede wszystkim pomaga to na wykrecenie (jak sobie pomyslisz, zeby wewn. uda ciaganac w gore - zobaczysz ze autmatycznie bardziej wykrecisz noge).


Joanno, mam pytanie odnośnie tych pleców, których nie moge dobrze ułożyć, jak podczas tych ćwiczeń (siad płaski i wyciąganie pleców) powinna być ułożona głowa? Wydaje mi się że zabardzo chce wciągnąć plecy i wtedy głowę, a dokładniej szyję zabardzo ciągnę do przodu - troche dziwnie to wygląda.

Glowy, szyi nie powinno sie zadzierac, zalamywac. Mysl o jednej linii ciagnacej sie od kosci ogonowej do czubka glowy (przy czym on nie jest na srodku, ale tam 'wychodzilby' kregoslup, gdyby byl dluzszy). W sumie to najwazniejsze za ledzwia i zblizanie brzucha do ud - o glowie mysl na razie tyle, zeby ciagnela plasko w dal, ani do gory, ani do dolu.



Temat: Kyokushin fajna strona
Wrócę jeszcze raz do strony 158 książki Bogusława Jeremicza ;Karate Kyokushin Kan;, gdzie opis pod zdjęciem obrazującym poruszanie się do przodu w pozycji Zenkutsu Dachi podaje, że skręt stopy nogi wykrocznej jest zbędny.
Zastanawia mnie, jak po kilkudziesięciu latach treningu można napisać taką herezję. Odkąd pamiętam (a sięgam pamięcią trzydzieści lat wstecz), w karate kyokushin skręt stopy był zawsze.
Hiroshige, Kaneko, Ishizawa twierdzą, że w Japonii zenktusu-dachi również z protezą z tyłu nigdy nie było nauczane. Może więc europejskim Kyokushin były takie błędy, które powtórzone 10000 zostały uznane w Europie za poprawne wykonanie. Przypomnę, że Kyokushin nie jest zawieszone w próżni, skądś się wziął i nie trzydzieści lat temu a trochę wcześniej. A wziął się z shotokanu i goju-ryu,a w tych stylach tego ruchu nie ma, bo jest nienaturalny i zbędny. Polecam lekturę „Dynamicznego karate” i „Best karate” Masatoshi Nakayamy.

;W Kyokushin-Kan go jednak nie ma, jest zbędny. Tak samo jest zreszta w Shinkyokushinkai (w Hong Kongu)
A może dlatego, że też są bliżej źródła?

Przykład z życia: w latach pięćdziesiątych radzieckie siły specjalne miały spory problem do rozwiązania, gdyż przy skokach spadochronowych z małej wysokości, w wyniku zderzenia z ziemią (brutalna rzeczywistość), spora część zrzutu była eliminowana z walki, z powodu kontuzji. To była przyczyna podjęcia badań, które doprowadziły do wypracowania systemu treningowego, który obecnie w sporcie znamy pod nazwą plyometric method. Jak dotąd najbardziej zaawansowanej i efektywnej metody kształtowania siły dynamicznej, idealnej do zastosowania w treningu karate.
Znalazłem taką definicję przywołanej wyżej metody:
Cytat: Plyometric traktowane jest jako forma treningu tzw. siły eksplozywnej i mocy mięśni, który oparty jest na wymuszonym działaniu mięśni typu rozciągnięcie-skurcz przy znacznych obciążeniach mięśni w fazie ekscentrycznej. Takiego charakteru działalności mięśniowej można doszukać się w wielu rodzajach aktywności ruchowej człowieka m.in. w biegu lub skokach. Jedna z powszechniej stosowanych form tego rodzaju treningu kończyn dolnych wykorzystuje zeskok z pewnej określonej wysokości jako działanie wymuszające aktywność mięśni w fazie ekscentrycznej. Faza ta ma miejsce w trakcie lądowania i wymaga - ze strony mięśni obsługujących stawy kończyny dolnej - wykonania pracy mającej na celu wyhamowanie ruchu ciała skoczka. Obciążenie jakim podlegają tu mięśnie skoczka lokalizuje się głównie w stawach: skokowym (zginacze podeszwowe), kolanowym (prostowniki kolana) i biodrowym (prostowniki stawu biodrowego). Wartości chwilowe owych obciążeń zależne są od sposobu realizacji lądowania, tj. np. od pozycji kątowych w stawach kończyny dolnej w momencie uzyskania kontaktu stopy z podłożem oraz stopnia usztywnienia (naprężenia) mięśni kończyn. Jako cel pracy przyjęto wpływ owego "wstępnego usztywnienia" kończyn dolnych na wartości rejestrowanych sił działających między podłożem a stopą, oraz na zachowanie się stawu kolanowego podczas fazy lądowania w zeskoku (drop jump).
Ale ma się to nijak do ustawienia/przestawienia stopy w trakcie ruchu w zenkutsu-dachi bo tu liczy się nie tylko siła mięśni przy obciążeniu dynamicznym skierowanym w dół, ale przede wszystkim sposób pracy stawu kolanowego przy nienaturalnym ustawieniu stopy w stosunku do kolana.

...regres do zasad poruszania się...
Niestety, każdą bzdurę da się w jakiś pokrętny sposób uzasadnić. Oczywiście nie można tego zrobić posługując się wiedzą z zakresu biomechaniki, anatomii czy ergonomii, zastosowanej dla potrzeb karate. Można jedynie wiedzę zastąpić jakąś chybioną, oderwaną od życia i praktyki, filozofią.
Proponuję więc zastosowanie ww metody do ćwiczenie tego typu skoków w dwojaki sposób: 1. ze stopą skręconą i 2. skierowaną fizjologicznie równolegle do kierunku wyznaczonego przez kolano. Przy której metodzie ból informujący o przeciążeniu lub nawet uszkodzeniu stawu wystąpi (wcześniej)?

;Zbędny skręt stopy wprowadza regres do zasad poruszania się i wykonywania technik karate, polegający na rezygnacji z potencjalnych możliwości zwiększenia ich siły i zasięgu. Co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Moja konkluzja jest taka, że „szybciej, wyżej, mocniej” – to w systemie Kan obce, nieobecne myślenie.
Wypada więc na koniec wprost wspomnieć o budowie stawu i jego kinematyce, a w tym kontekście o tym że skręcona stopa powoduje nienaturalne poprzeczne obciążenie stawu przy poruszaniu się a więc jest szkodliwe. Potencjalne „wyżej i mocniej” ale nienaturalnie dla budowy ciała człowieka to potencjalne szybsze uszkodzenia ciała.

Oczywiście mogę się mylić w moich przemyśleniach, ale na pewno nie mylą się moje kolana w których od bardzo długiego czasu nie czuję bólu a trenuję regularnie i dość intensywnie.



Temat: Opowiadanie: Nowe mięso na froncie
2012 Czerwiec 18
Jantar

- No nareszcie! Czekałem tu na ciebie tydzień! Natychmiast ruszamy, bierz sprzęt, detektory emisji i idziemy. - odpowiedział Kluczyk manipulując przy zamku plecaka.
- Którędy wejdziemy do X16? - spytałem ciekaw reakcji.
- Jak to? Wlad nic ci nie przekazał? Nieważne - odparł i wyjął mape okolic - pójdziemy tym tunelem, wejdziemy na teren fabryki domów i zejdziemy piwnicą do X16. A potem to Zona rozsądzi.
- Dobrze, a skad masz ten kombinezon?
- Od Sacharowa. Dostałem go za dostarczenie nogi snorka. Podobno Naznaczony zdjął go z Ducha, gdy był w X16. Może natrafimy na jakieś jego rzeczy?
- Taaa. Na pewno porzucił cały swój ekwipunek. Ruszajmy!
I ruszyliśmy. W tunelu roiło się od zombiaków. GP się zepsuło, więc Kluczyk dał mi starego dobrego kałacha. On sam wyposażył się w IL. Zombiaki padały jak muchy, żeby po sekundzie powstać na nowo. Wydawało mi się, że na nich zużyliśmy połowę amunicji. Weszliśmy do jakiegoś innego zbiornika. Stał tam autobus i obok niego leżał człowiek. Po zielonym kombinezonie okazało się, że to Prof. Kugłow. Od czasów Naznaczonego zaczął gnić, więc go ominęliśmy. Gdy już przekroczyliśmy bramę fabryki przywitała nas oczywiście chmara zombi. Nie interesowały nas, musieliśmy się przebić.
- Dymitr! Na górę! - powiedział i razem wspieliśmy się po dużych konstrukcjach. Przeskoczyliśmy na dach garażu i przedostaliśmy się do piwnic.

Laboratorium X16
Schodząc po schodach mijaliśmy ciała żołnierzy Specnazu. Widocznie ekspedycje do wnętrza kompleksu spadały na barki kotów. Natrafiliśmy na starą windę. Od 26 lat nie działała, więc nie spodziewaliśmy się czegoś wielkiego. Od majsterkowania przy windzie uratowała nas drabina. Przy drabinie prowadzono chyba lekcję anatomii, tylu flaków i nerwów nigdy nie widziałem. W końcu powitał nas snork. W AK miałem granatnik więc po nim nie było co zbierać. Likwidując kolejne fale zombie i snorków dotarliśmy do wielkiego mózgu. Teraz wystarczyło poszukać Paca. Sprawdzaliśmy na każdym bloku i nic. Gdy trafiliśmy na mały korytarz doszły do nasz krzyki. To był mój stary kolega z Agropromu - Kontroler. Obok niego stał dziwny człowiek. To był Pac.
- Witam panowie! Nie bójcie się Kontrolera, dzięki tabletce go "kontroluje". Zapewne przybyliście mnie uratować.
- Tak, więc chodźmy stąd, bo goni nas chmara zombie. - odpowiedział Kluczyk wskazując drzwi.
- Przybyłem tu z Siemieniowem, on zginął, ale mi udało się odpalić Emiter i przejąłem kontrolę nad zombiakami. Ta cała "akcja ratownicza" miała na celu zdobycia uzombifikowanych stalkerów, a nie cywilów. Choć szczerze myślałem, że przybędzie tu pluton wojska, a nie dwóch śmiałków.
- To prywatna sprawa. Czemu pan to robi? -spytałem się walcząc na zwłokę.
- Ha! Dlaczego?! Kugłow i reszta to byli tchórze! Chcą się schować w ciepłym schronie i wysyłać takich jak ja na durne ekspedycje. Myślałem, że Kugłow będzie ze mną, ale jemu zależy na "badaniach". Więc wysłałem hordę zombiaków na niego i Naznaczonego.
- Więc co pan zamierza zrobić? - spytałem ponownie szykując się do wyjęcia broni.
- Zabić wszystkich ekologów i ruszać ze swoją armią do Elektrowni. Zażyczę sobie władzy nad światem. Skoro o wszystkim wiecie, staniecie się moimi sługusami.
- Nie tak szybko! - krzyknąłem i trafiłem drania w głowę. Ten upadł, a Kontroler rzucił się na nas. Kluczyk zdążył go zdjąć. Jednak musiałem wykonać misję zleconą przez Łukasza.
- Dobra, misja nie wykonana, spadamy! - odparł Kluczyk.
- Niestety Kluczyk, ale muszę to zrobić, przykro mi. - rzekłem spokojnie i strzeliłem w jego nogę. Upadł i zaczął mocno krwawić.
- Dlaczego!? Dla kogo pracujesz?! Czemu nas zdradziłeś!?
- Pracuję dla Wolności. To długa historia. Ty byś mi przeszkodziłw planie. Żegnaj. - strzał w głowę potwierdził zgon Kluczyka. Nagle moja komórka zaczęła dzwonić. Odbieram i słyszę znajomy głos:
- I jak? Masz wszystko? - odpowiedział głos.
- Mam pendrive i tabletkę. To bardzo zawikłana sprawa, która może popsuć ekologom reputację.
- A Kluczyk?
- Zabity, co dalej?
- Uciekaj tunelami, spotkasz sie z Arą w bunkrze. Najemnicy zaplanowali atak na tych jajoglowych. Jak wrócisz, wszyscy będą leżeć. Bez odbioru.
Spojżałem pożegnalnie na Kluczyka. Moglibyśmy być braćmi, ale los tak nas nakierował...



Temat: Diagnoza w ReiKi
Trzy sprawy, trochę oderwane od siebie:

1. Diagnozowanie ze zdjęcia jest uważane za wyższą szkołę jazdy w zawodzie bioenergoterapii i jest najważniejszym elementem praktycznym na stopień mistrza w zawodzie. Chodzi oczywiście o diagnozowanie bezbłędne.

2. Reiki, moim zdaniem i według mojej wiedzy, jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło, mimo że słyszy się takie opowieści. Znajomy Mistrz Reiki nie stosował żadnych ograniczeń w przekazach Reiki, mimo, że miał pacjentów onkologicznych. Mimo, że stosował Reiki w trakcie przyjmowania przez chorych "chemii", ich stan nie pogarszał się, niektórzy zdrowieli.

Moim zdaniem, bywają raczej przypadki błędnej interpretacji działania Reiki, np.:
a) pacjentowi "szkodzi" źle postawiona intencja, np. kierowanie strumienia energii w zdrowy organ, zamiast w chory, w wyniku błędnej diagnozy,
b) pacjent po zabiegu nie został zharmonizowany energetycznie, wobec tego, napięcie energetyczne (deficyt energetyczny) przeszło po zabiegu z chorego dotąd miejsca do innego, nienergetyzowanego miejsca, które po zabiegu staje się chore.
c) pacjent umierający po otrzymaniu Reiki umiera niezwłocznie. W tym wypadku Reiki harmonizując napięcia - pozwala spokojnie, bez szarpania się, odejść człowiekowi, który i tak kończy swe życie.

3. "Diagnozę" bezpieczniej jest zachować dla siebie, zwłaszcza gdy reikowiec nie jest zbyt biegły we wglądaniu w ciało, albo nie ma podstawowej wiedzy o wewnętrznej anatomii i fizjologii człowieka. To nie znaczy, że nie należy wysyłać do lekarza ludzi w których "czuje się" chorobę. Serią zabiegów Reiki, być może, udałoby się chorobę zlikwidować, zastanówmy się jednak, w jakiej sytuacji staniemy, gdy nie osiągniemy celu, a pacjent straci szansę na szybkie skuteczne leczenie medyczne. Niektórzy bioenergoterapeuci przed zabiegami proszą chorych o oświadczenie, że leczą się, lub zamierzają niezwłocznie rozpocząć leczenie medyczne. To kwestia rozdzielenia kompetencji terapeutów energetycznych od kompetencji lekarzy i uniknięcia odpowiedzialności za zdrowie i życie pacjenta.
Niedawno miałem dwa przypadki młodych osób, którym pomogłem zabiegami energetycznymi na tyle, że zniknęły całkiem ich dotkliwe bóle. Pacjentów tych, mimo to, wysłałem do lekarza, bo "widziałem", że ognisko choroby nie zostało zażegnane.
W obu przypadkach lekarze stwierdzili faktyczną chorobę wewnetrzną w miejscach, w których "widziałem" tlące się ognisko i skutecznie wyleczyli obu pacjentów medycznie.

Reasumując, uważam, że gdy wysyłamy Reiki w intencji Najwyższego Dobra pacjenta i wszystkich zainteresowanych, zgodnie z Wolą Bożą, w wielu przypadkach osiągniemy sukces terapeutyczny, mimo, że ani nie diagnozowaliśmy przypadku, ani nie wymyślaliśmy intencji, by ją najskuteczniej nacelować. I właśnie to w Reiki jest piękne.



Temat: Lodowa panienka
We wrześniu 1991 roku znaleziono najstarsze na świecie zachowane w całości ludzkie ciało. (Natknęło się na nie w pobliżu lodowca Similaun w Alpach Oetztalskich, w południowym Tyrolu, kilkoro niemieckich turystów.) Na wysokości 3200 m dostrzeżono ciało człowieka o wysuszonej, żółtawobrązowej skórze. Musiały upłynąć cztery dni, zanim ów człowiek wraz z towarzyszącymi przedmiotami ze skóry, trawy, krzemienia i drewna został zabrany przez władze austriackie i przewieziony na Uniwersytet w Innsbrucku. Przypuszczano, że może to być ciało stare, ale nikt nie wiedział, jak stare. Okazało się, że było to pierwsze ciało człowieka prehistorycznego, znalezionego w codziennym ubraniu i ze zwyczajnym wyposażeniem; najwyraźniej zmarł w trakcie załatwiania jakichś swoich spraw. Inne zachowane w całości prehistoryczne ciała, które odkrywano, były zwykle starannie pogrzebane albo złożone w ofierze. Postać Człowieka z lodowca stawia nas dosłownie twarzą w twarz z odległą przeszłością. Ciało tego mężczyzny dostarczono Wydziałowi Anatomii na Uniwersytecie w Innsbrucku w celu przeprowadzenia badań. Tam umieszczono je w chłodni w temperaturze minus 6 stopni Celsjusza i przy wilgotności sięgającej 98 procent. Ustalono, że ciało nazwane Człowiekiem z Similaun, Ötzi, lub po prostu Człowiekiem z lodowca leżało na terenie Włoch, około 90 m od granicy z Austrią, ale większość badań wstępnych wykonano w Austrii i Niemczech. W zbadanie przedmiotów towarzyszących Człowiekowi z lodowca włożono wiele pracy; z nim samym, poza kilkoma zdjęciami warstwowymi ciała wykonanymi metodą tomografii komputerowej i datowaniem radiowęglowym, do tej pory zrobiono niewiele. Uzyskano 15 dat radiowęglowych dla ciała, przedmiotów, które miał przy sobie oraz trawy w butach; wszystkie wskazują na okres między rokiem 3365 a 2940 p.n.e. (ze średnią przypadającą na rok 3300 p.n.e.). Zgodnie z tym co ustalono, Człowiek z lodowca zmarł w górach prawdopodobnie z wyczerpania, zaskoczony być może przez mgłę lub zadymkę. Po śmierci wysuszył go ciepły, jesienny wiatr, potem zaś pokrył lód. Ponieważ ciało leżało w zagłębieniu, chronione było przed ruchami lodowca nad nim przez ponad 5300 lat, aż do chwili, gdy burza znad Sahary naniosła na lód warstwę pyłu, pochłaniającą światło słoneczne, co spowodowało jego wytopienie.



Człowiek z lodowca był mężczyzną o ciemnej skórze i w chwili śmierci mógł mieć od 25 do 40 lat. Pojemność jego mózgoczaszki wynosiła ok. 1500-1560 cm3. Liczył 156-160 cm wzrostu, a jego postawa i morfologia mieszczą się dobrze w przedziałach pomiarowych dla późno neolitycznej ludności z terenu Włoch i Szwajcarii. Wstępna analiza DNA potwierdziła związki Człowieka z lodowca z północną Europą.

Ciało jego waży obecnie tylko około 54 kg. Zęby są bardzo zniszczone, zwłaszcza przednie siekacze, co wskazuje, że nasz Człowiek jadł gruboziarnistą śrutę zbożową lub może regularnie używał zębów jako narzędzia. Stwierdzono brak zębów mądrości, co jest typowe dla tego okresu. Prehistoryczny myśliwy miał też wyraźną przerwę między górnymi jedynkami.
Kiedy go znaleziono, był łysy, ale masę kręconych brązowawoczarnych ludzkich włosów o długości około 9 cm znaleziono w pobliżu ciała i na fragmentach odzieży-zapewne wypadły one po śmierci. Jest również możliwe, że miał brodę. W prawym płatku usznym znaleziono ślady prostokątnego wgłębienia o ostrych krawędziach, co wskazuje, że mógł nosić w uchu ozdobny kamień.
Badanie ciała wykonane metodą tomografii komputerowej wykazało, że mózg, tkanka mięśniowa, płuca, serce, wątroba i narządy trawienne miał w świetnym stanie, choć płuca były zaczernione dymem, być może z otwartych ognisk. Stwierdzono ponadto stwardnienie tętnic i naczyń krwionośnych.
Lewa ręka Człowieka z lodowca złamana była powyżej łokcia. Było to prawie na pewno złamanie współczesne, które nastąpiło w trakcie przenoszenia, gdy był wkładany do trumny. Zauważono też ślady chronicznego odmrożenia jednego z małych palców u nogi, a także złamania ośmiu żeber, które byty zaleczone lub goiły się, gdy myśliwy zmarł. Świder, użyty przy brutalnej próbie wydobycia ciała z lodu, poważnie zniszczył lewą stronę miednicy.

Na ciele odkryto grupę tatuaży - niebieskich kresek, przeważnie krótkich, równoległych, pionowych, nieco ponadcentymetrowej długości. Znajdowały się one po obu stronach dolnej części kręgosłupa, na lewej łydce i na prawej kostce. Był też mały niebieski krzyż na wewnętrznej stronie prawego kolana. Te "oznaki" mogły mieć znaczenie terapeutyczne związane z leczeniem zapalenia mięśni i stawów, którego ślady znaleziono w szyjnej i dolnej części kręgosłupa oraz na prawym biodrze.
Paznokcie odpadły, pozostał tylko jeden u ręki. Jego analiza pozwoliła ustalić, że Człowiek z lodowca podejmował liczne prace fizyczne, ale wykazała również zmniejszony wzrost paznokci z powodu poważnych chorób na 4, 3 lub 2 miesiące przed śmiercią. Fakt, że miał skłonność do okresowych ułomności, może tłumaczyć, dlaczego padł ofiarą zmiany pogody i zamarzł.

Przedmioty znalezione przy nim zachowały się równie dobrze jak samo ciało. Są to przedmioty codziennego użytku, dobrze zakonserwowane przez lód i zimno. Wśród materiałów organicznych zdumiewa różnorodność gatunków drewna, a także cała gama bardzo wymyślnych technik, użytych do sporządzenia przedmiotów ze skóry i trawy.

źródło: http://www.wiw.pl/




Temat: Diagnoza w ReiKi
Spróbujmy wrócić pamięcią do czasów, gdy uczyliśmy się pisać. Pamiętam, jak ogromną radość przyniosło mi napisanie pierwszego słowa, to było słowo "Ala". Wpatrywałem się w nie i dziwiłem, że nie przypomina żadnej znanej mi dziewczynki (Ali akurat nie znałem żadnej). Brat mi wytłumaczył, że literki to nie obrazki, że są symbolami i trzeba je czytać inaczej niż obrazki, mimo to są prawdziwymi obrazami faktycznie istniejących ludzi i rzeczy
Niedługo potem, napisałem swoje własne imię i długo patrzyłem na nie z różnych stron próbując zobaczyć tam siebie jak w lustrze. Wprawdzie nie zobaczyłem tego, jednak poczułem, że to słowo wygląda i czuje się zupełnie inaczej, niż słowo "Ala"
Schowałem pieczołowicie kawałek papieru z moim imieniem, żeby mi nikt tego nie zniszczył, a i żeby się nie śmiał, że to imię tak koślawo napisane, inaczej niż w książkach... Śmiech drugiego brata na widok napisanego przeze mnie własnego imienia, oznaczał dla mnie szyderstwo ze mnie samego, utożsamiałem napisane imię z sobą samym
Szybko uczyłem się, jakiś czas później dostałem pierwszy zeszyt, co napełniło mnie radością i świątecznym nastrojem (rodzaj transu?)
Kiedy zacząłem go wypełniać szybko zauważyłem, że nie powstaje w moim zeszycie ani książka, ani gazeta i że mój zeszyt jest w porównaniu z innymi zbiorami literek, po prostu brzydki. To było bardzo przykre odczucie. Na domiar, inni zwracali mi uwagę, że piszę "brzydko", że niewyraźnie, że mam zeszyt pobrudzony i pogięty. To było okropne.
Nie zmieniłem jednak stylu pisania i utrzymywania zeszytu, dopóki pani w szkole mi nie zwróciła uwagi na to samo. Najpierw zrozumiałem, że to co piszę może być oceniane, a jakiś czas później, że pismo jest nie tylko dla mnie, że jest środkiem komunikacji z innymi osobami. Jeśli będzie nieczytelne, albo zaplamione, to ludzie, nie daj Boże, mogą czytając moje imię, nazywać mnie Włodkiem zamiast Władkiem.
Zacząłem wtedy dbać o kaligrafię, a jakiś czas potem o wygląd całości zeszytu.
Było mi bardzo przyjemnie, gdy dostawałem dobre oceny za swoje pisanie.
Kolejnym etapem rozwoju stało się dbanie o to jakie treści zawrę w swoim pisaniu, a zaraz potem w jakim stylu to napiszę.
Coraz więcej wyczuwałem, ze pisze się głównie dla innych, a rzadko dla siebie.
Aktualnie, mam świadomość, że to co się pisze, staje się, lub może się stać częścią dorobku grupy ludzi, w której się poruszam i dla której piszę, a wreszcie częścią dorobku całej ludzkości i cywilizacji.
Wiem też, że słowo raz napisane pozostaje ważne, nawet jeśli zostanie zniszczony nośnik, na którym je napisano ( papier, plik informatyczny). Można je odtworzyć, skopiować, powielić. Ludzie mogą przenosić wypowiedziane i napisane treści, przy okazji je zniekształcając, zwłaszcza, jeśli były sformułowane niejasno.

Dziś myślę, że nawet najsławniejsi pisarze nie mogą powiedzieć o sobie, że są doskonali i posiedli sztukę pisania w 100 %. W tym rozwoju nie ma końca.

Jeśli kogoś zmęczył ten długi wstęp, przepraszam

W każdej sztuce jest droga do mistrzostwa, a mistrzostwo nie jest końcem drogi, lecz początkiem własnego wkładu w rozwój sztuki

Tak jest w sztuce Reiki i tak jest w INNEJ, niż Reiki, sztuce wglądania w ciało fizyczne człowieka i w jego ciała duchowe, w sztuce oceniania tego co się zobaczyło przy wglądzie, w sztuce wyciągania wniosków z tego.

Początkujący w Reiki przesyła strumień energii i czuje przede wszystkim siebie, czuje że strumień wypływa. Na dalszych etapach czuje jak ten strumień przepływa przez jego własne ciało i co się z nim dzieje, gdy dopływa do pacjenta. W pewnym momencie, zaczyna się odczuwać interakcje ze strony pacjenta. Odczuwa się chłodniejsze i cieplejsze miejsca jego ciała. Prowadzeni intuicją i wzrastającym doświadczeniem, doenergetyzowujemy miejsca "chłodniejsze".
Na pewnym etapie zaczynamy z daleka wyczuwać miejsca słabsze (chłodniejsze) i mocne na ciele i W CIELE pacjenta. Staramy się wyrównać te "temperatury" za pomocą przekazywanej energii. Patrzymy na reakcje pacjenta, słuchamy co do nas mówi.

W końcu decydujemy się na przekazy na odległość.
Wyczuwamy zróżnicowaną energetykę pacjenta dłońmi w przekazach bezpośrednich a na odległość, mentalnie - samym umysłem lub energetycznymi dłońmi jakie wyciągamy na odległość do pacjenta.
Jeśli znamy anatomię wewnętrzną ciała ludzkiego i jego fizjologię zaczynamy wiązać to co czujemy z tym co się faktycznie dzieje w ciele pacjenta. Wyczuwamy i identyfikujemy jego choroby. Możemy to zrobić na podstawie zdjęcia. To już etap mistrzowski w bioenergoterapii.

Barbara Ann Brennan, w książce "Dłonie pełne światła", pięknie opisuje swój rozwój w tym odczuwaniu, analizowaniu i diagnozowaniu. Barbara nie zakończyła swego rozwoju po osiągnięciu niewątpliwie mistrzowskiego stanu. Weszła we wglądy w kolejne warstwy ciał duchowych człowieka. Nauczyła się analizować je i identyfikować choroby ducha, nieraz manifestujące się w chorobach ciała lub psychiki. Dziś potrafi ona odnajdywać szkodliwe wzorce zapisane w warstwach ducha w dawnych latach, w poprzednich wcieleniach, odnajdywać obce wpływy i własne szkodliwe wzorce zapisane w podświadomości, których pacjent nie czuje, albo z którymi sobie nie radzi. Odnajdywać je, identyfikować i prowadzić pacjenta do uzdrowienia tłumacząc mu co się stało i w jaki sposób może to zmienić.

Na diagnozowaniu sztuka uzdrawiania się nie kończy. Nie kończy się też ono na celowanych przekazach energetycznych w chore narządy. Nie kończy się na świadomym terapeutycznym przywróceniu człowiekowi jego naturalnej harmonii i zdrowia, przy użyciu terapeuty.

W ślad za Barbarą Brennan, myślę, że sztuka uzdrawiania zmierza do takiej interakcji z pacjentem, aby on sam wyczuwał na czym polega jego naturalny stan zdrowia i aby sam, świadomie, kierował swoim powracaniem do zdrowia i utrzymywaniem go. Kiedy świadomość ludzi w tym zakresie wzrośnie i upowszechni się, będzie coraz mniej chorób.

Ludzie "zrezygnują" z manifestowania swoich problemów za pomoca chorób, gdy przestaną mieć problemy i chcieć je mieć ...

Życzę wszystkim dużo zdrowia



Temat: Plecy
Wstawiam ciekawy artykul o kregarzach. Z gory mowie, ze nie robie tego po to zeby sie z kimkolwiek klocic, tylko po to zeby ostrzec wszystkich przed powierzaniem swojego zdrowia nieodpowiednim osobom.

O kręgarzach
Od kilku lat miewam uporczywe bóle kręgosłupa. Znajomy namawia mnie na wizytę u dyplomowanego kręgarza. Czy to dobry pomysł? Kim tak naprawdę są kręgarze?
Aneta W.

Zanim odpowiem na to pytanie, najpierw chciałbym wyjaśnić pewne nieporozumienia związane z bólami kręgosłupa. Otóż, tak naprawdę - choć może niektórym wyda się to dziwne - to nie ma takiej choroby jak „ból kręgosłupa”. Ból kręgosłupa jest jedynie sygnałem, wysyłanym przez nasze ciało, który informuje nas o procesie chorobowym, który może mieć swoje źródło w różnych częściach naszego organizmu.

Bóle kręgosłupa wcale bowiem nie muszą pochodzić od samego kręgosłupa, ale też - co bywa bardzo często – biorą się z nieprawidłowego ustawienia miednicy, połączenia szyjno-głowowego, z kończyn dolnych lub górnych. Najczęstszą przyczyną bólu kręgosłupa są: zablokowania i zmniejszona ruchomość stawów międzykręgowych, stawów krzyżowo-biodrowych, przykurcze mięśniowe, podrażnienia więzadeł oraz konflikty dyskowo-korzeniowe.

Nowoczesna medycyna oferuje bardzo wiele skutecznych metod leczenia bólów kręgosłupa. Niestety, w naszym kraju pacjenci z bólami kręgosłupa ciągle leczeni są przede wszystkim środkami farmakologicznymi, a gdy te nie pomagają – straszy się ich operacjami (często bezpodstawnie).

Ponieważ, jak już powiedzieliśmy, przyczyna bólów kręgosłupa może być różnorodna, dlatego potrzebna jest specjalistyczna diagnostyka. W tym celu najpierw wykonuje się badania obrazowe (zdjęcia rentgenowskie, tomografię komputerową albo rezonans magnetyczny). Badania te są wstępem do postawienia tzw. diagnozy biomechanicznej, której celem jest znalezienie przyczyny bólu, przez określenie ruchomości poszczególnych segmentów kręgosłupa oraz stawów kończyn, by znaleźć ewentualne zablokowanie, nadruchomość czy inną patologię. Zależnie od rodzaju nieprawidłowości, któremu towarzyszy ból, dobiera się sposób leczenia.

Diagnostyką biomechaniczną i leczeniem manualnym zajmują się certyfikowani terapeuci manualni. Terapeutą manualnym może zostać lekarz lub fizjoterapeuta po odbyciu specjalnych, trwających zwykle wiele lat, kursów (w Wielkiej Brytanii i USA są specjalnie uczelnie kształcące terapeutów manualnych). W Polsce mamy kilkudziesięciu dyplomowanych terapeutów manualnych, a liczba ich stale się powiększa. Terapia manualna polega na leczeniu odwracalnych zaburzeń ruchomości, które są najczęstszą przyczyną bólów kręgosłupa (ponad 90% wszystkich przypadków), jest więc alternatywą (albo przynajmniej uzupełnieniem) dla leczenia farmakologicznego.

A kim w takim razie jest kręgarz? Kręgarz to po prostu ludowy znachor, nie mający żadnych uprawnień, ani wiedzy do leczenia. Często są to osoby, które same niegdyś korzystały z leczenia u terapeuty manualnego, a teraz na własną rękę próbują naśladować to wszystko, co podpatrzyły. Pamiętajmy, że kręgarz to zwykle człowiek bez wykształcenia medycznego, który nie ma pojęcia o anatomii człowieka, o biomechanice, o diagnostyce obrazowej, o rozpoznawaniu wskazań i przeciwwskazań do leczenia. W krajach Europy Zachodniej prowadzenie działalności leczenia czegokolwiek bez stosownych uprawnień jest ścigane prawem. W Polsce, niestety, co rusz zobaczyć możemy szyld „dyplomowanego kręgarza” (na marginesie: tytuł „dyplomowany kręgarz” jest równie poważny, co „dyplomowany wróżbiarz z fusów” albo „dyplomowany degustator tanich win”)

Pomyślmy: czy z bolącym zębem poszlibyśmy do kowala? Na pewno nie. A przecież każdy z nas słyszał o ludowych kręgarzach, którzy „nastawiają” kręgosłupy i biorą się za leczenie wszystkiego, co nie zdążyło w porę uciec na drzewo.

Odpowiadając więc na Pani pytanie, doradzam wizytę u lekarza lub fizjoterapeuty, który ma uprawnienia do leczenia manualnego. Pamiętajmy, że sam dyplom fizjoterapeuty czy lekarza nie wystarczy!

Jest wiele różnych odmian medycyny manualnej. Do najbardziej znanych i cenionych należą metody: Cyriaxa, Lewita, Mulligana i Kaltenborna. Warto więc, zanim udamy się do kogoś, kto reklamuje się, że leczy bóle kręgosłupa, sprawdzić jego kwalifikacje. Chodzi tu przecież o nasze zdrowie.

Zapamiętajmy:

Kręgarz to ludowy znachor, nie mający żadnych uprawnień do leczenia manualnego kręgosłupa. Najczęściej nie ma on żadnego wykształcenia medycznego.

Leczeniem manualnym kręgosłupa i stawów zajmują się dyplomowani terapeuci manualni, którymi mogą zostać jedynie lekarze lub fizjoterapeuci po odbyciu cyklu specjalistycznych szkoleń.

Nie ma takiej choroby jak „ból kręgosłupa”. Ból kręgosłupa jest jedynie sygnałem, wysyłanym przez nasze ciało, informującym nas o procesie chorobowym, który może mieć swoje źródło w różnych częściach naszego organizmu. Dlatego sensowne leczenie musi polegać na leczeniu przyczyny bólu, a nie na samym jego uśmierzaniu.

tekst: Tomasz Borowski
Artykuł opublikowano na łamach "Gazety Kociewskiej" z dnia 30 czerwca 2008, (c) Tomasz Borowski

zrodlo: www.fizjopedia.pl

-----------------------------------------------------------------------------

Fragment innego artykulu:

w rozmowie z portalem tvn24.pl dr Cubała-Kucharska. — Praktycznie każdy, kto chciałby otworzyć tego typu działalność, może iść do urzędu gminy i się zarejestrować. Nie musi okazywać żadnych papierów, ukończenia żadnych szkół, posiadać żadnych dyplomów. Wystarczy, że zgłosi się jako zielarz, cudotwórca czy gabinet medycyny naturalnej i to jest rejestrowane z automatu — dodaje.

Skutki bywają opłakane. Pacjenci z problemami z kręgosłupem, którym działania domorosłych kręgarzy zniszczyły zdrowie. Ofiary podejrzanych pigułek odchudzających czy oczyszczających, skutecznych, ale uzależniających i niebezpiecznych dla życia. Ich „lekarze" spod znaku medycyny naturalnej nie ponoszą żadnej odpowiedzialności

- Żyjemy w kraju, który nieprawdopodobnie potrzebuje uregulowań w tym zakresie. Ale jest spory opór środowiska. Izby lekarskie dość niechętnie podchodzą do tematu medycyny naturalnej. Najchętniej by jej zakazali. Ale to niemożliwe — jesteśmy w UE i metody tam uznane powinny być tu też dostępne — mówi nam dr Cubała-Kucharska.

zrodlo: http://psr.racjonalista.pl/kk.php/t,5870




Temat: Niezwykły lot Rudolfa Hessa do Wielkiej Brytanii.

A nie pomyslales ze niektórzy ludzi mogliby to zatuszowac. Nie wiem komu by to miało być na ręke. Tego teraz chyba nikt nie wiem ale dowiemy się tego zaa kilkanaście lat. .

No dobrze, nowusie, żeby już nie było między nami nieporozumień w tej kwestii: nie mogę na 100% stwierdzić, że więzień, który popełnił samobójstwo w Spandau w 1987 r. był Rudolfem Hessem, a nie jego sobowtórem; niemniej w świetle dowodów wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, że był to sobowtór.
Co do tego, że ktoś mógł zatuszować „wyznanie” takiego sobowtóra: też nie mogę stwierdzić, że tak na pewno nie było. Ale na zatuszowaniu tego mogłoby zależeć chyba tylko Brytyjczykom, a ci administrowali Spandau tylko przez 3 miesiące w roku. Przez resztę w roku administrowali nim Francuzi, Amerykanie i Sowieci. O ile Francuzi i Amerykanie mogliby jeszcze w ramach sojuszniczej solidarności przyłączyć się do zmowy milczenia, to jaki zysk z tego mieliby czerpać Rosjanie? Dla ich zimnowojennej propagandy historia o niewinnie więzionym sobowtórze Hessa byłaby niemal darem niebios…

[/quote] A co do blizny która pozostała po I wojnie była ona taka widoczna że jest niemożliwością usunięcia jej.

To jest według mnie jedna z największych tajemnic II wojny światowej.[/quote]

O tej ranie wspominałem już w dwóch postach i teraz napiszę o niej bardziej szczegółowo.
Chodzi o ranę, jaką Hess odniósł na froncie rumuńskim w czasie IWŚ. W natarciu na Ungureana, małe wzgórze w Karpatach w pobliżu Focsani, 150 km na północny wschód od Bukaresztu, 8 sierpnia 1917 r. rumuński żołnierz postrzelił Hessa tak, że kula przeszyła go na wylot (w jego karcie szpitalnej z 11 sierpnia tegoż roku znajduje się zapis że kula weszła przez klatkę piersiową koło lewej pachy, pozostawiając dziurę wielkości „ziarnka grochu” otoczoną pomarańczową skórą, przebiła lewe płuco i wyszła w pobliżu kręgosłupa przez czwarte żebro, poniżej łopatki, pozostawiając otwór wielkości „pestki wiśni”).
Wiele lat później, we wrześniu 1973 r. w związku z pogarszającym się stanem zdrowia więzionego w Spandau Hessa, podjęto decyzję o przewiezieniu go do pobliskiego brytyjskiego szpitala wojskowego i poddaniu go gruntownym badaniom. Tam miał okazję badać Hessa chirurg wojskowy armii brytyjskiej, Hugh Thomas. Stwierdził, że badany przez niego człowiek nie miał na ciele śladów obrażeń po ranie, którą Rudolf Hess odniósł w Rumunii w 1917 r. Także na zdjęciach rentgenowskich jego klatki piersiowej nie odkrył żadnych śladów po tamtej ranie. Toteż później, w 1979 r., już jako eks-chirurg wojskowy, opublikował książkę pt. „The Murder of Rudolf Hess”, w której opisał te badania. W swej drugiej książce poświęconej temu samemu tematowi (opublikowanej po śmierci Hessa, zatytułowanej: „Hess: a Tale of Two Murders”) Thomas pisze: „Prawdziwy Hess miał na klatce piersiowej i plecach blizny po ranach odniesionych w pierwszej wojnie światowej. Człowiek ze Spandau nie ma ich w ogóle”. I na tej podstawie oparł on tezę, że to nie Hess, lecz jego sobowtór 10 maja 1941 r. dotarł do Wielkiej Brytanii, a prawdziwego Hessa zamordowano. (U nas tezę tę przedstawił Wołoszański, bodajże w części drugiej "Tego okrutnego wieku". Książek Thomasa nie ma w jej bibliografii, ale tezy, które Wołoszański przedstawił w rozdziale o Hessie, uderzająco przypominają te lansowane przez Thomasa. Zresztą, o ile wiem, ostatnio Wołoszański już tematu sobowtóra Hessa nie podejmuje.)
Teorię tę wzbogacił Thomas kilkoma innymi „dowodami”, m.in. wypisywał bardzo ciekawe i „fachowe” informacje na temat Messerschmitta Bf 110E-2/N, którym Hess doleciał do Szkocji; ponadto w swej drugiej książce twierdził, że Hess miał 1,85 m wysokości, a w raporcie posekcyjnym podano wzrost 1,75 cm – w rzeczywistości w dokumentach Hessa z IWŚ jest napisane, że miał 1,77 m wzrostu, a obniżenie się wzrostu w procesie starzenia o 2 cm jest czymś absolutnie naturalnym.
Skupmy się jednak na ranie, jaką odniósł Hess na froncie rumuńskim, a której rzekomo nie miał człowiek ze Spandau. Thomas stwierdził, że rana po kuli była wyjątkowo ciężka i że nawet po kilkudziesięciu latach jej ślady byłyby widoczne. Ale, jak już wspomniałem, w dokumentacji zdrowotnej Hessa z IWŚ można wyczytać, że wspomniana rana miała wielkość „ziarnka grochu” na piersi, gdzie weszła, i „pestki wiśni” na plecach, którędy wyszła. Nie była więc tak ogromna, jak to twierdzi Thomas…
Profesor Bernard Knight, ceniony patolog sądowy, na pytanie, czy takie blizny pozostają widoczne przez całe życie, odpowiedział: „W patologii sądowej posługujemy się takim mądrym przykazaniem: „Nigdy nie mów nigdy, nigdy nie mów zawsze”, i dlatego waham się ze stwierdzeniem, że blizna po kuli musi być zawsze widoczna lub wyczuwalna. Mogę powiedzieć, że musi być zawsze wykrywalna w badaniu mikroskopowym, zakładając, że się wie, gdzie badać”.
Kwestię tych drobnych blizn podniósł również Charles Gabel, protestancki pastor, który odwiedzał Hessa w Spandau. W swej książce pt. Conversations Interdites avec Rudolf Hess („Zakazane rozmowy z Rudolfem Hessem") pisze: "Powiedziałem mu, co piszą w gazetach na temat książki Thomasa. Hess w głos się roześmiał i odparł, że aż dwaj brytyjscy lekarze - dyrektor szpitala wojskowego i chirurg - złożyli mu wizytę, by obejrzeć te blizny, i znaleźli je, choć były już mało widoczne... Jak powiedział, zostały tylko dwie maleńkie blizny na wierzchu".
Podobny komentarz ukazał się w "Der Spiegel" z 21 maja 1979 r. Wg niego, Hess odpowiedział żonie, która pytała go o bliznę na piersi: "Nie martw się, ona ciągle jest na swoim miejscu. Zrobiła się mniejsza, ale ciągle tam jest"
Faktem jest, że tych dwóch małych blizn nie odnotował zespół badający zwłoki Hessa po jego samobójstwie. Za to, jak napisałem w poście do Hauptmanna xeresa, odkryli rany odpowiadające obrażeniom, jakie Hess odniósł na froncie zachodnim w czasie IWŚ.
Na tym kończę wywód na temat anatomii Hessa.

Pozdrawiam
Friedrich